Od pół roku jesteśmy w podróży. Od pół roku moim domem jest mały, biały van, w którym śpię, gotuję, pracuję, który przy okazji zabieram mnie w najróżniejsze zakątki świata. Czasami zastanawiałam się po co mi podróż. Dlaczego ciągnie mnie do włóczęgi? Jakie niewypowiedziane obietnice popychają w drogę? Te pytania miewały gorzki smak, który rozpuszczałam czerwonym winem. Siadałam na brzegu jeziora, albo na brzegu łóżka i myślałam, że być może kiedyś poznam odpowiedzi. Że po coś to wszystko się dzieje. I, że być może, na końcu, dotrę na miejsce.

Kiedy podejmowaliśmy decyzję o podróży, wiedziałam przede wszystkim czego nie chcę. Reszta to były przeczucia, przebłyski wewnętrznego głosu, domniemania. Wiedziałam, że praca na etacie mnie męczy. Stałe godziny, zdawanie raportów, dorównywanie standardom, to wszystko wywoływało we mnie olbrzymie poczucie presji. Wiedziałam również, że nie chcę stworzyć tradycyjnego modelu życia, że nie chcę utknąć w jednym miejscu. Przynajmniej jeszcze nie na tym etapie. Moje przeczucia podpowiadały mi, że w statusie, etykietach i przedmiotach nie odnajdę szczęścia. Że mogę coś stworzyć, że mogłabym eksplorować muzykę, że mogłabym być wolna. Pragnęłam więcej doświadczać i poznawać ludzi na głębszym poziomie. Pragnęłam przygody.

Nigdy wcześniej nie traktowałam tych przeczuć serio. Starałam się je ignorować i się dostosować. Dopóki nie przeszłam camino i nie zaznałam totalnej wolności. I przy okazji nie przekonałam się, że mogę sobie zaufać. Dopóki się nie nawróciłam i nie zaczęłam na serio traktować Boga oraz Jego nieskończonych możliwości. A także nie uwierzyłam w to, że jestem kochana i, że On(a) zadba o moje jutro. Dopóki nie przeczytałam książki Droga Artysty i nie zaczęłam z szacunkiem traktować mojej intuicji. I dopóki nie zobaczyłam jak wielu ludziom podążanie za głosem serca przynosi spełnienie. A więc kiedy w końcu padł pomysł Van Life, byłam gotowa na to, by zaryzykować i zaufać przeczuciom.

Postanowiłam, że będzie to mój własny eksperyment na otwartym życiu. Podczas drogi będę miała okazję przekonać się, czy te wszystkie przeczucia to prawda. Czy rzeczywiście siatka się pojawi, kiedy skoczę. A skok był brawurowy. Rzuciliśmy się na wodę, której nie znaliśmy. Nie mieliśmy pojęcia o samochodach, mechanice, kamperowaniu, podróży na dziko, mamy ograniczone zasoby finansowe i nie mamy żadnych gwarancji. Jedyne, co mnie uspokaja to nasze dotychczasowe doświadczenia. Zarówno w podróżowaniu jak i po prostu życiowe. Oboje z Łukaszem mieliśmy za sobą kilka dłuższych i krótszych wyjazdów zagranicznych. Do tego zmiany miejsc zamieszkania i prac. Kryzysy, złamane serca, kłótnie. A jednak za każdym razem sobie radziliśmy, wychodziliśmy na prostą, odnosiliśmy mniejsze lub większe sukcesy. Pozwoliłam sobie więc na ryzyko drogi w nieznane. I z ciekawością obserwuje, gdzie mnie prowadzi.

Przez pół roku odwiedziliśmy 20 krajów. Zobaczyłam miejsca o których istnieniu nie miałam pojęcia. A te, o których słyszałam, czy kiedyś się uczyłam, na żywo przerosły moje wszelkie wyobrażenia. Wielokrotnie odczuwałam zachwyt i wielki respekt do naszej Matki Ziemi- podziwiając majestatyczne fiordy, górskie zbocza, rwące, turkusowe rzeki; czy zastygając nad taflą jeziora w ciszy mgieł. Widziałam jak życie przejawia się w najróżniejszych formach od rudzików po meduzy, sarny i wiekowe drzewa, czy delikatne mchy. Przypatrywałam się ludziom, którzy nieświadomi mojego istnienia spieszyli się w sobie znanych kierunkach i celach. Dowiedziałam się wiele o innych kulturach, o innych od naszego sposobach życia i przeżywania codzienności. Na mojej drodze spotkałam dobrych i otwartych ludzi, którzy wpuścili mnie i Łukasza do swoich domów, pokazali nam jak żyją, dzielili się z nami swoimi radościami i troskami. Którzy potraktowali nas, jakbyśmy byli rodziną. A przecież jeszcze parę miesięcy temu nie mieliśmy pojęcia o swoich istnieniach. To jest piękno naszej podróży.

Jednak do tego momentu mogłabym się równie dobrze nazywać turystką, choć nie robiłam tak, gdyż nie lubię tego słowa. Kojarzy mi się z zachowaniami z którymi się nie identyfikuję. Jednak do tej pory moja podróż w dużej mierze była właśnie ukierunkowana na zewnątrz. Mierzyłam się z pewnymi emocjami, doświadczałam i bardzo dużo się uczyłam. Ale to wciąż było głównie jeżdżenie po świecie.

Ostatnio, po kilku miesiącach podróżowania coś zaczęło się dziać. Nie mogę powiedzieć, że się zmieniam, bo to nie jest zmiana. Mam wrażenie, że podróż powoli zaczyna wnikać we mnie. Zaczyna stawać się lustrem w którym widzę siebie, taką, jaką jestem. Emocje, które mną kierują. Olbrzymie pokłady lęku. Widzę jak się bronię i ochraniam. Widzę nabyte zachowania, wytrenowane odpowiedzi, wyuczone reakcje, wszystkie szybsze niż moja świadomość. Widzę chęć kontroli rzeczywistości, widzę jak bardzo pragnę być idealna. I widzę, jak to wszystko destruktywnie działa na mnie i na moją rzeczywistość. Ponieważ naszej podróży towarzyszy często samotność już nie ma wokół mnie ludzi, których mogę winić za mój zły nastrój, na których mogłabym projektować te trudne uczucia. Nie ma szefa, który mnie wkurza, czy menadżerki z nierealnymi oczekiwaniami. Nie ma londyńczyków w metrze, którzy wchodzili mi pod nogi i na których mogłam utyskiwać. Jestem tylko ja i Łukasz i droga. A jeśli chcę żeby nasz związek trwał, to na Łukasza też nie mogę projektować.

Powoli zaczynam coraz odważniej przyznawać, że jest to podróż także do wnętrza. Potrzebowałam odciąć się od rzeczywistości, gdzie wszystko stawało się wymówką dla mojego samopoczucia. Gdzie okoliczności łagodzące stawały się usprawiedliwieniem tego, co się we mnie dzieje. Od rzeczywistości, która stawała się schronieniem, albo podsuwała sytuacje w których mogłam walczyć. W których mogłam udowadniać sobie i światu, że jestem najlepsza. Najlepszy pracownik, uczennica, przyjaciółka, która zrobi dla ciebie wszystko. Byleby ktoś mnie kochał i utwierdzał mnie w tej miłości. Teraz zostało mi tylko nauczyć się kochać siebie samą. Nawet kiedy nie jestem najlepsza. Pozwalam sobie na przegraną.

A jeśli tak, skoro zaczynam dostrzegać głębszy sens tej podróży to nieśmiało mogę przyznać, że mój wewnętrzny głos mówi prawdę. Że bezpiecznie jest go słuchać. A jeśli nie pomylił się co do podróży, to mogę mu zaufać także w innych aspektach. I jeszcze jedno. Świat naprawdę wie, czego potrzebuję, w pewien sposób się o mnie troszczy i stawia na mojej drodze właściwych ludzi. Nie muszę się bać.

W tej mojej historii nie chciałabym być zrozumianą w ten sposób, że podróż jest konieczna, by odkryć swoją prawdę, by nawiązać kontakt ze sobą, czy, że jest to sposób na rozwiązanie problemów. Nie chcę, by ktoś myślał, że promuję podróżowanie jako receptę dla każdego. Chcę tylko opisać, co się dzieje podczas podróży ze mną. Że powoli przekonuje się, że ten cichy głos i moje przeczucia miały rację. Dać świadectwo temu, że wiedza jest w nas. Bo każdy ma swój własny głos. Że można iść za tym podszeptem intuicji, anioła stróża, czy nazwijcie to jak tylko wam wygodnie. Chodzi mi o to, że gdzieś tam w środku tak naprawdę my wiemy, co mamy robić.

Polub nas!
Facebook
YouTube
Instagram
Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial

Polub nas!