Ten rok obfitował w wydarzenia, doświadczenia i niewiadome, które z biegiem czasu okazywały się być opakowanymi w zwykły papier niespodziankami. Własnymi siłami zbudowaliśmy kampera i przemierzyliśmy nim wielki kawał świata. Podążaliśmy za naszym sercem i daliśmy się nieść wydarzeniom. Zmieniliśmy całkowicie naszą rzeczywistość. Zamieniliśmy ją w jedną wielką podróż. A jednak nie czuję, żeby moje życie się zmieniło. Nie czuję się innym człowiekiem. Z zaskoczeniem odkryłam, że towarzyszą mi te same odczucia, smutki, lęki. Mam tak wiele z tego o czym marzyłam, jednak będąc po drugiej stronie odkrywam, że tam czeka na nas ta sama, zwykła rzeczywistość. Czasami chropowata, czasami szaro-czarna, czasami jak echo przypominająca o tym, że nie wiemy, co będzie jutro. Czasami miła jak ciepła woda w miednicy, w której moczy się stopy po ciężkim dniu.

Ten rok to była ciągła walka ze strachem. Walka, która zamieniła się w akceptację. W powolne oswajanie lęków, których przebrania znikały jeden po drugim, by w końcu pozostał tylko ich rdzeń. Pradawny strach, atawizm wpisany w DNA rodzaju ludzkiego. Lęk przed śmiercią. Lęk przed odrzuceniem. To moi bracia i wrogowie zarazem. Kiedy znam ich imiona, jakoś łatwiej z nimi iść przez las. A kiedy z każdą przeżytą przygodą okazuję się, że nie ma się czego bać, łatwiej zdobywać się na kolejne. Jednak te lęki wciąż tam są. Nie znikają. Leżą sobie na dnie mojego serca i czasami szepczą do ucha czarne scenariusze, czasami chwytają za żołądek, a czasami przykrywają się kołdrą, zawstydzone, kiedy po raz kolejny życie pokazuje im, że zawsze jest wyjście, że zawsze daję rady.

Ten rok przyniósł umocnienie wiary. Patrząc wstecz dostrzegam niesamowite sploty wydarzeń, niewidzialne wcześniej ścieżki, które wiodły nas przez sytuacje trudne. Te momenty, które kiedy się działy, były aż bolesne, stawały się dla nas później tarczą i punktem odniesienia. Bo skoro wtedy daliśmy sobie rady, to musiało być wyjście z kolejnych tarapatów. Największą taką przygodą były spalone hamulce w Alpach, sytuacja w której mogliśmy stracić auto, w sumie nawet życie. I paradoksalnie to ona potem pozwoliła nam przejechać norweskie fiordy i góry niejednego państwa. Doświadczyłam też na własnej skórze, że Bóg wie, czego nam trzeba. I nam to posyła. Czasami jest to upragniona musztarda, czasami walizka, a czasami dzień spędzony w spa.

Ten rok utwierdził mnie w tym, że warto iść za intuicją. Choć jest to droga w ciemno i bez gwarancji. Mam takie przeczucie, że tylko idąc za tym wewnętrznym głosem możemy dotknąć szczęścia. I nie chodzi mi o to, by każdy wyruszył w podróż. Wierzę w to, że każdy z nas ma jakiś dar, talent i pragnienie, które dane nam są po to byśmy coś tutaj na ziemi zdziałali, przeżyli, bądź sprawili, że świat będzie lepszy, piękniejszy. Wierzę, że tylko wykorzystując to nasze powołanie możemy być spełnieni. Jednak na razie jest to przeczucie. Wiem tylko, że warto było wyruszyć w podróż. Po to, by doświadczać, spojrzeć w głąb siebie, uczyć się. Jest to pierwszy raz kiedy poszłam na całość za jej głosem i kiedy zrozumiałam, że się nie myliła. Teraz przede mną kolejne kroki, bo ten głos od lat podpowiada mi coś jeszcze.

Ten rok postawił na naszej drodze pięknych ludzi. Napisało do nas mnóstwo osób i część z nich poznaliśmy osobiście. Zawsze z otwartymi oczami obserwowałam nasze spotkania. Ten początkowy, nawykowy moment dyskomfortu, tuż przed spotkaniem, obawę jak to będzie. Potem pierwsze chwile w których o dziwo brakowało niezręcznej ciszy, pustych rozmów o pogodzie. Momenty kiedy od razu otwieraliśmy przed sobą serca i rozmawialiśmy o doświadczeniach, życiu na emigracji, bądź w Polsce; podróżach, marzeniach i przygodach. A potem pojawiał się żal, że wieczór pełen śmiechu się kończy, chęć zatrzymania czasu, lub choćby wydłużenia minut w godziny. Z nie mniejszym zdziwieniem, które potem rozpalało ciepło w sercu, czytałam wiadomości. O tym jak podobne jest nasze życie, bądź o tym jak nasza przygoda pozwala komuś uwierzyć w siebie. To jest najpiękniejszy dar 2018 roku, wiedza, że nasza historia daje ludziom nadzieję, radość, chęć do życia i podążania za marzeniami. Ale ta energia krąży, my otrzymaliśmy tony wsparcia i dobroci od wielu dobrych ludzi, którzy nam pomogli. Otworzyli przed nami swoje domy bądź bezinteresownie wsparli nasze działania finansowo. Odnaleźliśmy ludzi z naszego plemienia! A pamiętam jak dziś, kiedy jako nastolatka czułam się tak bardzo samotna i wydawało mi się, że pewne rzeczy czuję tylko ja. Wciąż jestem tym zdumiona, jak wielu nas jest porozsiewanych po świecie. Prawdą jest to, że ludzi dobrej woli jest więcej.

Za nami rok, który warto było przeżyć. Rok, który pokazał mi, że od rzeczywistości nie ucieknę. Że to wewnętrzna decyzja może sprawić, że będą szczęśliwa. Który pokazał, że można żyć na własnych warunkach, że pieniądze są potrzebne, ale w obecnych czasach mogę zdecydować jak wymieniać mój czas. Rok w którym nabrałam szacunku do pracy dlatego, że nie była ona płatna. Rok, który uczył mnie pokory, tolerancji, otwartości, miłości i uświadomił mi, że wciąż wiele jeszcze nauki przede mną. Rok, który pokazał, że jak to pisał poeta: Kto potrafi wyć jak wilk, odnajdzie swoje stado. My na szczęście odważyliśmy się to zrobić poprzez naszego vloga i bloga.

Jednak jesteśmy dopiero w połowie drogi. W połowie spełniania Listy Marzeń (dostępna TUTAJ). Przejechaliśmy dopiero połowę europejskich krajów. Przed nami moment zwrotny. Decyzja co dalej. Jednak to czego doświadczyliśmy w 2018 karmi nasze nadzieje na Nowy Rok.

Polub nas!
Facebook
YouTube
Instagram
Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial

Polub nas!